Smakując Mirabelki II

Nie mam tak, jak Baszka. Nie mam poczucia, że jestem znikąd. Mam poczucie, że Zabrze nie jest moje, choć spędzam tu prawie całe moje życie. I jest to dla mnie normalne. Moi dziadkowie nie chodzili po tych ulicach. Moi dziadkowie i pradziadkowie przemierzali inną rzeczywistość. Moi rodzice przyjechali do Zabrza w latach sześćdziesiątych, chociaż celem były Gliwice, ale zmieniło się po drodze. Gliwice też nie byłyby moje.

Nie czuję się tu obco. Nie jestem tu intruzem. To nie ja wymyśliłam ten bieg historii. Wiem też, że gdyby nie jej bieg, to z prawdopodobieństwem niemalże równym 1, nie byłoby mnie tu. Tymczasem idąc ulicami Mikul, wiem, co wcześniej w niektórych miejscach było. Wcześniej, znaczy oczywiście za mojej pamięci. To, co przed moją pamięcią odkrywam na przedwojennych pocztówkach i czytając. Niektóre przestrzenie przybliżyły mi się nieco dzięki spotkanym osobom z czasu przed moją pamięcią. Idę więc i widzę, że była kawiarnia „Stokrotka”, że był meblowy, mleczarnia, jubiler, zegarmistrz, „Hanka”. Tu, gdzie dziś jest sklep Euro, najpierw był spożywczy, w którym staliśmy w kolejce po kawę, za komuny. Potem była „Agusia”. Szklarz i żelazny. Potem tekstylny, jarzynowy i Delikatesy. Po schodkach „1001 drobiazgów” i sklep z syfonami i rurkami z kremem. Kino „Atlantic”, w którym zobaczyłam „Gwiezdne wojny” i „Szczęki”, choć nie spełniałam kryteriów wiekowych. Chodziliśmy tam także na poranki w niedzielę. Ważny element naszego milkulczyckiego życia towarzyskiego. „Karlik” też był. Stragany. Smakosz, Santos i Patria. Obywatelska. Kiosk, rybiarnia, przychodnia, park na bunkrach, drukarnia. I remizy za cmentarzem. Tak mniej więcej było w moich Mikulach, które nie są moimi. W takim otoczeniu spędziłam dzieciństwo i obserwowałam zmiany. Dlatego nie jestem znikąd. I jeszcze dlatego, że wakacje spędzałam na wsi, w miejscu, skąd pochodzi moja rodzina. To nadało spójności mojej tożsamości. Tożsamości takiej wyjazdowej, którą zawsze się ma przy sobie, niezależnie od tego, gdzie się właśnie przebywa. Przemieszczanie się było dla mnie stanem naturalnym. I wracanie. Może właśnie dlatego.

Przez te Baszczyne „Mirabelki” tak sobie brnę w moją przeszłość w formie mentalnego dialogu z Baszką i jej mirabelkami.

A dotarłam dopiero do strony 12. Nie wiem, czy jeszcze coś się we mnie uwolni, czy o tym napiszę, czy może przetworzę wyłącznie w sobie.

Nieważne. Ważne, żeby smakować.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *