Wracamy. Jest dość późno, a skradający się zmrok nie pomaga w mijaniu sporych kałuż, które zamieszkały w błocku na drodze pomiędzy kamienicami. Latarnie przeglądają swoją bladą próżność w ich nieregularnych twarzach, zawsze zwróconych ku niebu. Przed nami idzie jakaś postać. Zatacza się albo lawiruje tak, jak my, pomiędzy meandrami ulicznej rzeki. Nagle potyka się i przewraca. Zamarłam w mrocznym przerażeniu. Leży.
– Leży. – mówię szybko pomiędzy oddechami.
– Nie rusza się. – dodaję. I też się nie ruszam. Tak, jakby ruch mógł coś naruszyć.
Po chwili siada. Ruszamy w jej kierunku. Ostrożnie stąpając po miękkich policzkach kałuż, zaglądając w oczy biegnącemu zmrokowi tuż przed nami. Jesteśmy dość blisko. Przejeżdżający samochód oświetla postać. Jest kompletnie pijania. Próbuje wstać, ale nie może. Splątane włosy, niedbale złapane gumką na plecach, zaplątują się w jej język. Coś bełkocze. Reflektor wydobywa niezdrową biel twarzy, silnie kontrastującą z czernią włosów i pochylającym się nad nią zmrokiem. Podnosi głowę. Spoglądam jej w oczy. Przepaść po sam pas Kuipera. Zmrok łapie ją za ramię i pyta moim głosem:
– Nic się pani nie stało?
W odpowiedzi bełkot.
– Wszystko dobrze?
Milczy. Ale patrzy. Tą przepaścią w nas.
– Potrzebuje pani pomocy?
– Nie. – w końcu odpowiada, trochę mniej bełkotliwie. Mości się w sarkofagu błotnym, uklepuje podłoże mrucząc pod nosem:
– Nie widzieliście przypadkiem mojego kota? – mówi nieco bardziej zrozumiale. – Nazywa się Beł.
– Wszystko w porządku? – pytamy.
Kot Beł kręci się w pobliżu kontenerów.
– Jestem Pani Nędza. – przedstawia się wyraźnie, niebełkotliwie. Niemalże natychmiast dodaje:
– Skupiam w sobie całą nędzę świata tego. Gdy zajrzysz mi w oczy, możesz ją dostrzec. A ja mogę ci powróżyć.
Szarpie mnie za serce. Próbuje wstać złapawszy brzeg mojej kurtki. Nie wstaje jednak, tylko się chwieje i miętoli brzeg.
– Co pani robi! – wykrzykuję.
– Jak co… – odpowiada. – Cierpię za miliony.
– Cierpi pani za miliony?
– A tak. Za miliony. – powtarza.
„Cierpi za miliony” – słyszę mówiącego do siebie kota Beł, który zatoczył pierwszy krąg wokół nas.
– Euro? – ty pytasz.
– Nieeeeee. – odpowiada ona. – Złotówek. – precyzuje.
– Co pani robi? – pytam, bo nie wierzę w to, co się dzieje.
– Nic. Czasem tylko budzę się z bólem świata. Albo zamiatam. Lubię zamiatać i widzieć jak się robi czysto. Wie pani? Wymiatam różne syfy z kątów i lubię sobie je tak zebrać na kupkę. Spod spodu wychodzi same ładne. Właśnie to lubię. Patrzę sobie i lubię.
– Gdzie pani mieszka?
– Nigdzie.
– To gdzie pani zamiata? – myślę, że może uda się z niej wyciągnąć, jakąś informację i ją odprowadzić do domu.
– A gdzie popadnie. Mogę wszędzie.
Już wiem, że jej nie pomożemy. Próbuję ten absurd jakoś zakończyć:
– Świat się robi lepszy od tego cierpienia? – pytam.
– A gdzie tam! – wykrzykuje. – Jezus, jaka pani musi być głupia, mówiłam przecież, że cierpię za miliony. Na koniec życia wypłacają w jednej transzy. Szukam następcy. A pani to by może nie chciała? Opłaca się. – zwraca się do mnie podnosząc się.
Nie zdążyłam odpowiedzieć. Zatoczyła się i padła na wznak. W środek największej kałuży. Na powierzchni powstały kręgi. Po których zataczał się kot Beł. Pochyliliśmy się. Jej twarz zaczęła się robić coraz bardziej przezroczysta, potem trochę błotnista, stopniowo przyjmując fakturę tła. W końcu rozpuściła się całkowicie w nocnym błocie w meandrach naszej brukowanej rzeki między kamienicami.
Bez następcy.
Zdaje się, że tylko miliony zostały.