Pierwiastek boski ujawnia się już w wieku kilku lat dziecka. A dokładniej wtedy, gdy dziecko spotyka na swojej drodze inne dzieci. Jeśli jakiś maluch nie chce podzielić się zabawką, wkracza mamusia i tłumaczy „Daj się pobawić Karolkowi. On ci nie zabierze. Popatrz jaką ma smutną minkę.” I w ten deseń. Wyręczanie we wszystkim.
Chłopaki popychają się na podwórku, jeden, drugi oberwał. Mamusia przybiega i krzyczy, żeby przestali bić jej syna…
Potem zaczyna przychodzić do szkoły, żeby poprawiać pracę nauczycieli, bo krzywdzą jej dziecko.
Nauczycielki też wiedzą lepiej. Właściwie najlepiej. Nie wierzysz? Zapytaj nauczycielkę, ona prawdę ci powie, na każdy temat. Jak to możliwe? Bo ma z tyłu oczy, widzi przez ściany i potrafi przebywać w kilku miejscach na raz.
Uczniowie mnie nie denerwują. Są trochę jak chorzy. Nie mają doświadczenia, ani szerokiej wiedzy o życiu i świecie. Wiele im się wydaje, bo dopiero dojrzewają. To jest zrozumiałe i naturalne. Trzeba przetrzymać, bo gimnazjaliści się przepoczwarzają. Potem stają się pięknymi motylami.
Szkoła to paranoja. Dlaczego? Bo od szkoły oczekuje się cudów, w sprawach, którymi powinni zająć się rodzice. To od czego jest nauczyciel? Od tego, by być profesjonalistą w uczeniu swojego przedmiotu. Nie zaś od prowadzenia dochodzenia, przesłuchiwania czy od wychowywania całych rodzin.
Tymczasem, mamusiu, trzeba zakasać rękawy i brać się za wychowanie swoich dzieci. Obcy Ci tego nie zrobią.