Mroźne poranki wyostrzają światło i zmysły. Wschód rozmazał buraczkowe barwy tuż nad dachami, powyżej przeszedł w błękitnawą bladość. Wiatr rozwiewał resztki nocnej mroczności między kamienicami. Na chodnikach pustki, mróz uwięził większość ludzi w domach. W odległości około 20 metrów, zobaczyłam postać. Jakaś pani. Chyba coś zgubiła. Pochylała się nad kratką ściekową przy krawężniku i coś mówiła do siebie:
– Światło. Daje nadzieję.
– Budzący się dzień. Daje nadzieję.
– Rozkwitanie pąków wiśni i śliwek. Daje nadzieję.
Jakby odmawiała litanię. Zatrzymałam się i zapytałam:
– Dzień dobry, przepraszam, co pani robi? – zapytałam.
– Odmawiam litanię.
– Przepraszam, wszystko w porządku? Potrzebuje pani pomocy?
– Nie. Dziękuję. – odpowiedziała i wróciła do odmawiania.
Poszłam dalej. Życie to wieczne zdziwienie, pomyślałam.
– Wieczne zdziwienie. Daje nadzieję. – usłyszałam, a może mi się wydawało.
Zbliżałam się do przystanku, gdy usłyszałam biegnące kroki za plecami. Kroki mnie minęły. Zatrzymały się w pół. Przeszłam obok obserwując je kątem. To ta kobieta od litanii. Nagle złapała mnie za rękaw i potrząsała nim w takt wypowiadanych słów, akcentując te bardziej istotne:
– Niech pani powie, widzi pani? Widzi? Widzi pani ten zygzak?
Rozejrzałam się odruchowo. Widziałam tylko dekoracje mojej dzielnicy. Te, co zwykle. I tak jej to zakomunikowałam.
– Och, szkoda. Dopiero co tu był, ale jakoś nie zdążyłam. Wie pani? Tropię beznadzieję. Przemierzam wszechświaty i ją tropię. Zygzak otwiera otchłań i wie pani? Bez względu na to, co tam pani zobaczy, musi pani, po prostu musi pani włożyć tam rękę…
– No co pani! Niech mi pani da spokój. Jaki znowu zygzak?!– próbowałam się od niej i jej zygzaków uwolnić. Ona nalegała:
– Musi pani tam włożyć rękę! – powiedziała to z przytłaczającym przekonaniem.
– Ale po co mam gdzieś wkładać rękę? – zawołałam rękę uwolniwszy.
– Ten zygzak otwiera otchłań. A wie pani, otchłanie są różne. Bardzo niewyobrażalne. Musi tam pani włożyć rękę i pochwycić nić.
– Nic? Jak mam pochwycić nic?
– Nie nic, tylko nić. „C” to tylko błąd w druku.
– Ale po co? Nie będę łapać, żadnych nici. – poirytowałam się. Nigdy nie lubiłam szycia. Nici to nie są dobre konotacje.
– Musi pani. Nić trzeba pochwycić i wpleść ją w ogólną tkaninę wszechświata. Trzeba połapać beznadziejne wątki i je związać. Będzie pani wiedzieć. Obrzeża zygzaka są jak nóż ząbkowany do chleba i połyskują jak płyty CD. – wykrzyknęła.
Nadjechał autobus 81. Pani Zygzak wskoczyła do niego.
I odjechała.
Na tylnej szybie mignął mi jakiś tęczowy błysk.
Taki metaliczny.