Dziwny ten styczeń w tym roku. Taki trochę marcowy. Obudziło mnie niebo, które niebieską dłonią delikatnie gładziło dachy za oknem. Słoneczna energia rozpuszczona w kawie zdecydowanie dodawała chęci do życia. Plan na dziś: praca z biura i wizyta u lekarza. Oznaczało to, że musiałam nie zapomnieć się ubrać.
Zaczynam od wizyty lekarskiej. Wchodzę do gabinetu. Dwóch młodych chłopaków. Zwykłe gadki, jak to bywa u lekarza. Przeprowadzają ze mną wywiad, ale nie czuję się jak celebrytka. Muszę zrzucić odzienie. Trochę niefart. Błyskawicznie przebiegam myślą po moich ostatnich plus pięciu kilogramach i plus pięćdziesięciu pięciu latach. Do lewego ucha Złoty Aniele mi szepcze: „Wizyty lekarskie pozbawione są pierwiastka erotycznego”, jednocześnie Aniele Srebrny szepcze do prawego: „Niby same plusy, ale bilans za bardzo na plusie nie jest”. Odwracam się raz do jednego, raz do drugiego i tłumaczę Anielom oczywistości: „Chłopcy są w wieku mojego syna, to wiadomka, że to występ przed przedszkolakami.”
– Słucham? – pyta jeden ze studentów. Najwyraźniej ostatnie słowa musiałam wypowiedzieć na głos. Myśl o pasywach rozpływa się sama w świetle mijającego poranka i tworzącej się historii.
Chłopaki ewidentnie są u początku swojej ścieżki kariery. Dokładnie mi objaśniają o co chodzi. Raz po raz zaglądają do swoich notatek, to znów wymieniają uwagi między sobą. Nagle jeden staje z moją dokumentacją na środku gabinetu i czyta. Milczy, patrzy na mnie i znów w papiery. Już sobie zaczynam myśleć, że coś przychodnia schrzaniła, gdy on nagle mówi:
– Pani naprawdę ma tyle lat, ile tu jest napisane?
Parskam śmiechem.
Nie mogę się powstrzymać. Wydusiłam z siebie chichrając, że jeśli tam wpisali, że mam osiemnaście, to jest OK.
Na wszelki wypadek nie proszę o sprecyzowanie.
Przyjmuję swoją interpretację, że lata mojej świetności mam ciągle przed sobą…